Zabić jaskółkę - proza i poezja Romana Knapa

Autor: Królowa udała się do Baden - Baden, Gatunek: Proza, Dodano: 09 kwietnia 2013, 10:56:34

Nielatwo zabić własnego ojca, a jednak zdarza się to codziennie, i zdarza się prawie każdemu. Zabijamy w sobie rodziców, żebyśmy mogli żyć własnym życiem, według własnych reguł, żebyśmy mogli oddychać. Niektórzy chłopcy planują to już we wczesnym dzieciństwie, inni czekają z tym, aż ojciec będzie stary i słabszy. Najłatwiej zabija się ojca, gdy ma się  dokąd uciec.

 

Ale co zrobić z ojcem, z którym jest się śmiertelnie związanym nierozerwalną pępowiną  takiej obcości i wzajemnego niepojęcia, że graniczy z fascynacją? Niechęci patologicznej, powikłanej nieszczęśliwą konstelacją  rodzinną - z archipelagu samotnych wysepek znika matka, i od tej pory brzemię miłości niewykonalnej będzie ciążyć na barkach ojca i syna. Ojca, od którego nie można uciec?

 

Czytam „Jaskółkę“ po lekturze wielu innych wierszy i prozy Romana Knapa, z którymi mam kontakt od lat.  Znam jego bohatera lirycznego od małego, żywego chłopca, dla którego świat był trzymany przez rodziców pod kluczem,  i który nie czuł się nigdy z nimi dobrze i swobodnie, a jego

 

marzeniem było mieszkać na planecie, którą oświetlają 4 słońca, i jak tylko byłem sam w domu (* wtedy wołałem - chata up your life!) i skakałem jak dziki z miejsca na miejsce szczęśliwy, jak to wszystko pięknie się układa, że wreszcie jesteśmy sami tylko przedpokój i ja, tylko kuchnia i ja, tylko łazienka i ja, tylko duży pokój i ja (…) – ale  wtedy zwykle pojawiał się ojciec czegoś zakazywał, coś zamykał, z czegoś szydził. Ale póki ojca nie było, czułem się jak dzieciak buszujący samemu w domu, dzieciak, z którego widać tylko ręce i nogi, wiecznie w ruchu. A za kolegów i koleżanki miałem meble. Te same wszystkie domowe meble, które jak tylko wróci mój ojciec nagle dorosną, spoważnieją i już samym swoim wyglądem odstraszą mnie od zabawy. *

 

Ojciec zjawial się zawsze.

Znam peela Knapa z okresu dorastania i jego nieszczęśliwego stracenia głowy  razem z Marią Antoniną, i w tych właśnie moich ulubionych fragmentach „Compositae“ znowu niezawodnie pojawia się ojciec: wkracza do pokoju, gdzie ukrywają się kochankowie, i kradnie tę czystą miłość, ściąga ją na siebie, co widać dopiero teraz, gdy tak się na to patrzy z oddalenia:

 

- więc zabroniłem mojemu ojcu wchodzić tu do mojego pokoju, bo on głupi mieszczuch sobie żyje, je, pije, pracuje, robi zakupy i ciągle mi tu wchodzi i patrzy na ten mój tapczan, przystawiony do ściany i bez ustanku rozesłany, ot, nawiasem przy tym mordując Marię Antoninę!

Więc precz głupi mieszczuchu, precz mi stąd!

 

Ale mój ojciec się jednak uwziął i nadal mi wchodził tu do pokoju żądając, żebym zaraz wstał, bo on już nie może na to patrzeć, że wszystko tu u mnie takie rozmamłane i rozchełstane, i właśnie zarządził gruntowne porządki, pranie pościeli i trzepanie koców; sam zaś powinienem zająć się sprawami, które by mi nie pozwoliły tak leżeć, powinienem wstać, od czego mi przecież korona z głowy nie spadnie, i na przykład przewietrzyć pokój, albo odnieść z łóżka, z tego barłogu, i powyrzucać te wszystkie pudełka, w których deponuję jak jakie błystki - zdjęcia i kosmyki włosów; skrzyneczki może i puste, ale z pozytywką - kolorem, zapachem; i oczywiście te wszystkie szpargały, dupsy, książki, z których wycinam zdania w serduszka, i te wszystkie już wycięte serduszka z jakimiś tam maksymami o miłości, które przecież nie dadzą mi jeść.

Och, gdybym chociaż do tego, co jest w tych wszystkich książkach, miał inne foremki!

to by pewnie nie było tak jak teraz, że nie mam ani jednej poszewki dekoracyjnej, skomponowanej z tkanin w kilku żywych kolorach, z kretonu, z sutaszu albo z lamówki, tylko tę jedną kremową pościel z bladoniebieskim paskiem, przebiegającym na przełaj kołdry, z łatwo brudzącego się materiału - miłości,

gdy o miłości!

miłości!

miłości! - wywoływałem ją jak ducha, bo tak ściśle łączy się z nią dar znikania,

och, ale miłość to forma, której się tylko wydaje, że uciekła przed moim ojcem, bo oczywiście ja to nie wylewam fusów z kawy do kibla porządnie, ja tylko cyknę! (bo jak nie statki, to Indianie, a jak znowu nie Indianie, to niby tapczan, a syf jak jest tak jest, bo oczywiście mój ojciec to ostatnio widział u mnie w pokoju taki burdel wczoraj, jak jeszcze był bez baroku)*

 

Znam więc peela Knapa od dziecka  i również jako mężczyznę z poważnymi, dorosłymi problemami, a ojciec gra w nich wytrwale swoją rolę.  I wydaje mi się, że dobrze znam „jego ojca“ – „on mój ojciec“ pisze Knap, jakby samo „ojciec“ było zbyt proste. Czasami pisze: „on ten mój ojciec“.  On ten mój ojciec staje się po śmierci matki podwójnie obecny, wszechobecny; wystaje ze swoimi zarzutami w progu jego pokoju, i jak najpierw wyśmiewał zabawy, tak później szydzi z jego miłości, książek pisania, wchodzi brutalnie chociaż piskliwie i groteskowo, i jak zamykał wcześniej przed dzieckiem „duży pokój do zabawy“ na klucz, teraz zamyka nadal swój pokój, w nim jedzenie, garnki, pamiątki po matce, swoje niezczęsne serce.

 

Zwykle widzę go tak właśnie - podskakującego z oburzenia, machającego rękami, nieszczęśliwego człowieka z kluczem, który nie jest w stanie zrozumieć, jak doszło do tego uwiązania, ale odczuwa przymus przypominania synowi, o wszystkim i pouczania go, jak i co ma robić,  przymus trzymania ręki na pulsie tego chorego układu.

 

Rękojeść

 

Bo w tym domu to mój ojciec to on jest generał odbierania telefonów!

 

Bo żeby tak w końcu wejść do kuchni raz a porządnie to jeszcze nigdy, to zawsze tylko podchody.

 

Bo też jak choroby i głód mieszkańcow otwierały bramy oblężonych miast, to mój ojciec realizując zamysł podporządkowania mnie swojej woli, złożył parówki pod klucz.

 

Jeszcze z marszu tego, jak mój ojciec to on był pod moimi drzwiami. (* z marszu, marsz, to wojsko, chyba to widzisz!)

 

Potem mój ojciec przeniósł z kuchni do siebie do pokoju każdą część z maszynki do mielenia mięsa, którą to kiedyś tam rozmontował, bo mój ojciec to on już ci tam dobrze wiedział, co jeszcze zabrać z kuchni, żeby mi się odechciało wojować.

 

Marzyłem, żeby mieć 2 szklanki, bo jakbym miał 2 szklanki i jakbym je niósł do kuchni, to by jedna z nich to by była lewa przednia :)))*

 

 

 

Ale czasem nagle pojawia się w tych fragmentach „Compositae“ inny „on ten mój ojciec“, jak tutaj:

 

Toteż wprawdzie po śmierci matki nie miałem już nigdy zobaczyć wielu rzeczy i musiałem je sobie wyobrażać, to jednak wiedziałem, że nawet w 10 lat potem znajdują się one wciąż gdzieś przechowywane w pokoju ojca. I były to na pewno

- nitrogliceryna

- rajstopy

- majteczki

- staniki

- czarne getry

- biały, zwapniony od środka garnek, w którym moja matka gotowała bieliznę

- plastikowe spinki do balejażu

- lakiery do paznokci

- inne kosmetyki, drogeria, przeznaczona do pielęgnacji intymnej, rzeczy które zaglądają pod bieliznę

- tampony

- konturówka

- cienie do powiek

- puzdereczko z sypkim pudrem

- pilniczki

- pincetki

- cążki (do obcinania paznokci u nóg)

- pałeczki, patyczki, szpatułki do usuwania skórek (bywają z bukszpanu lub drzewa pomarańczowego)

- brzeg wanny

Te wszystkie przedmioty, już nieobecne ani w kuchni ani w łazience, gdzie było dotąd ich miejsce, stały się jak dziury, przez które próbowałem (jak tylko to możliwe) zajrzeć wgłąb do pokoju mojego ojca. A raczej do dawnej sypialni mojej zmarłej matki, jeszcze nie uwolnionej od obsesji, że już nie jest sypialnią mojej matki.

I niewątpliwie, mój ojciec te wszystkie rzeczy dawniej służące mojej matce, pochował sądząc, że pozostawione na widoku, staną się one podatne na złe wpływy - moje. Będę używał, niszczył, gubił, wyrzucał. Tymczasem lepiej, jak tam w jego pokoju te wszystkie rzeczy będzie konserwował formaldehyd. Czasem tylko mój ojciec po kryjomu, w samotności, w osobliwym fetyszu liturgicznym, żeby czcić zmarłą żonę, ten czy ów przedmiot sobie wyciągnie z kryjówki. Raz go tak przyłapałem, gdy zapomniał zamknąć drzwi do swojego pokoju na klucz, a ja nie pukając nagle je otworzyłem - wtedy mój ojciec wyglądał jak ten zwapniony od środka garnek mojej matki do gotowania bielizny, którego nie zdążył schować pod poduszkę.*

 

Cóż za przepiękny portret!

„Zwapniony od środka garnek mojej matki do gotowania bielizny, którego nie zdążył schować pod poduszkę!“

 

   *   *   *

 

Pora przejść do wiersza.

 

 

 

JASKÓŁKA

 

Mój ojciec jak gdzieś tylko zobaczy brudne, to on zaraz nagle ma lot jaskółki

i lotem jaskółki przylatuje do mnie do pokoju,

otwiera drzwi, woła, zawraca, pokazuje – brudne! brudne! brudne!

i znowu odlatuje, i znowu przylatuje,

popędza, fruwa, krąży, w prawo, w lewo, śmiga,

i znowu nadlatuje,

i ciągle mi tak lata i jaskółczy w drzwiach.

 

Bo mój ojciec te moje zaraz, zaraz, zaraz, to on je już słyszał godzinę temu.

Bo ja to się opieszam.

Bo ja jak mam wstać to ja oczywiście wtedy mam widoczny wysiłek. Księżna pani.

Bo oczywiście wszystko może poczekać!

Bo te zaraz, zaraz, zaraz, to takie moje wstawanie niewstawanie,

że oczywiście ja to się jeszcze muszę poprzeciągać, odrozespać i poprzytulać do pluszowych książeczek.

Bo mojemu wstawaniu to jest zawsze jeszcze zimno.

Bo oczywiście ze wszystkich spań, wstawań i pobudek najpiękniejsze są te rozlewne.

A mój ojciec to on się wtedy nie może niczego doprosić!

(ps. Bo ja to chyba w ogóle jestem odłamek skorupki z jajka, co to on wpadł do właśnie smażonej jajecznicy i nie chce z niej wyjść i klei się – i trzeba dopiero będzie, że mój ojciec poleci do kuchni, wyłączy gaz, wyciągnie nóż i dopiero wtedy to on mnie wyjmie!)

 

W końcu wstałem.

 

Potem musiałem wstać drugi raz.

Bo oczywiście zamieść to może i ja zamiotę, ale i też na tym skończę.

A przecież tylko zamieść podłogę tam gdzie jest brudne, to tak jakby dać tej podłodze do jedzenia tylko suchy chleb.

A gdzie masło, kiełbasa, herbata, gdzie wiaderko, szmata i mop, no gdzie?

A potem nagle to mój ojciec to on już wiedział, że ja dobrze wiem gdzie i co,

ale oczywiście z tego całego mojego bujania w obłokach to ja już gdzie i co to już nic nie wiem.

 

A potem musiałem wstać jeszcze raz.

Bo w końcu nie wytrzymałem!

Bo mój ojciec właśnie gdzieś tam w łazience położył palec i zaraz zobaczył, że tam to jest tak oblepione,

że się nie da położyć palca.

Ale po co jemu tam kłaść ten pierdolony palec, jak tam nie jest na palec tylko na szampony i płyny!

A potem w lot tego doszło do jatki –

że on skurwiel i ja skurwiel,

on pojebany i ja pojebany,

on schujały ja schujały,

on debil ja debil,

on pedał ja pedał,

on gnój ja gnój,

on jaskółka

(on jaskółka!)

(on jaskółka!)

 

 

 

 

„Jaskółka“ ma wszystkie cechy wiersza – komety.

Po pierwsze, nikt w nią nie wierzył.

Po drugie, gdy się już pojawiła, to przeleciala z blaskiem i szumem przez kilka portali, podawano ją sobie jak wieść z ust do ust, przeklejano samowolnie, a bezpośrednio zwiastowała śmierć bloga Marka Trojanowskiego, gdzie ukazała się po raz pierwszy, w ostatnim odcinku serialu „Świniobicie“.

 

Knapowi zwiastowała tajemnicę latania.

 

Bo ten, napisany bardzo prostymi środkami wiersz, zawiera pewną tajemnicę. Według mnie chodzi o tajemnicę wzniesienia się ponad samego siebie.

 

Morderczego układu ojca i syna, skazanych na siebie, niezdolnych do oderwania się od nieznośnych ról, nie przerwie żadna zbrodnia, bo pociski od dawna nie docierają. Nie będzie puenty, to się nigdy nie skończy, bo jakże zabić jaskółkę? Głos podmiotu lirycznego zawiesza się w zdumieniu, ojciec staje się lżejszy, za chwilę szybuje, i oto obaj wznoszą się w tym wierszu, bo niedopisana puenta brzmi:

                   „(ja jaskółka?)“.

 

To moment, w którym absurd wchodzi w wysokie rejony. A całość zaczyna emanować delikatną poświatą: to miłość, stopienie się poprzez pojęcie, objęcie.

 

I zaczyna się rozumieć: bo to wiersz o miłości był.

Jak wszystkie wiersze, jak całe pisanie Romana Knapa.

 

 

 

 

 

-----

* fragmenty „Compositae“ R. K.

 

do dyskusji zapraszam na forum

Dodawanie komentarzy i opinii zostało zablokowane przez autora.