Wystawka sztuk pięknych

Autor: Królowa udała się do Baden - Baden, Gatunek: Poezja, Dodano: 21 grudnia 2012, 13:03:08

 

Wystawka sztuk pięknych

 

(To był czas zasad kruchych jak włoski futra,

łamliwych.)

 

Expeditio

 

Careful With That Axe, Eugene *

 

Odkrylismy ją. Szmaty niezetlałe

odsłoniły twarz czystą, jakby uśmiechniętą:

wysokie kości policzkowe, rasa jasna, włosy w warkoczach.

 

Czekałem na trasnsport

w takim napięciu, jak dziecko przed gwiazdką.

Szukałem jej pół życia. Pół życia w utopii.

Ktoś strzelił z rakietnicy, na wiwat,

kopacze pili wino.

 

Nagle jeden, pijany, ciemny, jeszcze młody, skoczył

i zanim mogłem zrobić ruch, wpił się ustami w jej wargi.

 

Trząsłem się.

Ja, który koniec matki przyjąłem po męsku,

teraz płakałem jak dziecko.

A w niej rozlewała się śmierć.

Właśnie ją zarażał

najohydniejszm z możliwych nalotów - życiem.

W jej jamie ustnej poczęły się mnożyć staphylococcus, candida i coli;

Płaskie, piękne powłoki jej brzucha napnie jutro zgnilizna,

w parę godzin zniknie bezpowrotnie kod genetyczny.

 

Strzeliłem do drania.

Odciągnięto mnie. Śmiał się, szaleniec po akcie.

ja szlochałem a ona się sypała. Koniec,

koniec fatamorgany, sześć tysięcy lat

wracało w kwarc na naszych oczach.

 

Zbrodnia w afekcie  - jego uniewinnią.

 

W sprawie mojej katedry powiedz parę słów

za von Heydenem  - jest zdolny, sumienny i beznamiętny.

Twój Eugen.

 

PS.

 

Uwierz mi, była inna niż wszystkie kobiety.

 

-----------------

 

  • Pink Floyd

 

 

 

 

White Dress

 

Widziałam cię, spojrzałeś.

To był rzut szybszy niż pies w szale: skok, atak,  odskok.

A teraz jakby nigdy nic, wzrok w ścianę;  

nie ze mną ten numer, Joe

– winny, jesteś winny, wszyscy są:

biały szyfon unosi się jeszcze, a ty cały jesteś wiatrem,

gorącym fenem, pędzonym przez wentylator

i rozbitym.

 

Nie o to przecież, co pod spodem,

ani o to, czego nikt nie pamięta –

Arthur odleciał i John, fotograf, tamten i inni -

cipka Marilyn, doskonała, ciemna

szpara farbowanej blondyny,

nie otworzy się żadnemu z nich, uwieczniona

tak banalnie pod jedwabiem majtek.

 

Ale o ten ruch, spadanie i wzlot

materii jak skrzydła łabędzia,

którego nikt, nikt poza tobą, nimi,

nie zrozumie nie rozgrzeszy nie ocali,

i o to, jak ona wydyma wargi, 

jakby żadna szminka nie mogła

być dość ciemnoczerwona

dla jej radosnej pogardy.

 

Wiemy już, ale ona wie wcześniej,

i śmieje się, śmieje na zdjęciach,

z końca świata, grawitacji i z bogów, którym bez wyjątku staje,

chociaż to tylko sukienka, maszyna, kręcąca powietrze,

wyskubane skrzydełka brwi i gładki do bólu papier.

 

 

 

 

 

Czerwone szpilki

 

Ileż lat mogła mieć ta mała na peronie?
(Oczy małpki, źrenice, przez które wpadało zbyt wiele światła).

Machała  nogami nad przepaścią,

z butelki ciągnąc tanie wino,

i patrząc twardo, nie spuszczała wzroku.
To był dzień, w którym pani J. pojęła w pełni wagę detalu.

- Kotku! - próbowała oswajać ciepłym głosem - Dziecko! -
Lecz mimo, iż jej dłonie tańcząc niezależnie od niej,

chwytały delikatnie przestrzeń,
oczy małej pozostawały chłodne

jak przeciąg w tunelu,

w którym już się słyszało gwizd pociągu.

Wciąż uwiązana wzrokiem, próbowała wyprosić uśmiech.

Wtedy tamta miękko upuściła butelkę, która spadła w dźwięki
między szynami, i wskazując ręką na jej czerwone szpilki,

wydęła usta: - Buty! - powiedziała -
te buty nie pasują do twojej sukienki.

 

 

 

 

Teddy z czipem w uchu

 

Na dole jest pediatra i od rana strach

w dziecięcych falsetach.

Potem wpada w okna wyraźna, słodka siesta.

A później nas nie ma,

 

dopiero wieczorem, ktoś tam nadal jest;

w otwartych na mrok wnętrzach widać każdy detal.

Do późnej nocy krząta się, odkurza, robi bilans.

W blasku kwarcówek jarzą się pluszaki.

 

Wczoraj, wychodząc późno z psem, widziałam

w płynnym świetle wystawy płaczącą dorosłą.

Twarzą w stół. Pośród mordek w pastelach.

Upiornie, z językiem, uśmiechnięty miś,

przyglądał się jej długo, nie miał żadnych pytań.

 

Na górze jest psychiatra, zasłonięty szczelnie.

W podwórzu kotka, niezmiennie szczęśliwa.

 

 

 

 

Riefenstahl, Wege zu Kraft und Schönheit *

 

 

Myślę, że nie da się pojąć tej kobiety

bez wejścia w syndrom zanurzenia.

Może są duchy skazane na bezczas i bezumiar.

Może wybrała rafy koralowe,

bo dystans kamer tu, w Morzu Czerwonym,

chroni przed rozdarciem na strzępy przez tłum.

 

A ona ryby podchodziła w paszczy,

pchała ręce w gardła. Jak pięknie

śmierć patrzy, nim zmięknie!

 

Teren braci Grimm, kontaminacja strachem,

tutaj śni się prawda: jak ten mail, realny,

z Afganistanu, podpis: kptn Morte,

trzy miliony na rękę za pranie pieniędzy,

a nad ranem wtargnęło przez okno komando, bandyta z wiedźmą,

krzyczałam do ciebie przez celofan, i byłeś gdzie indziej.

Gdzie indziej! A później do dziecka, o pomoc - mam problem

z etyką scenariusza. I z siłą obrazu.

 

Albo dlaczego eksploduje toster?

wtedy, gdy dzień jest jak wyschnięty step,

tuż przed wojną domową; skąd wiem, że wybuchnie?

I czy wizja to sposób ubiegnięcia puenty?

 

A ona siała w chmury drobne szkła,

 pod ptasie nóżki, a ona to ja.

 

Nuba, miłość na koniec świata.

 

Lecz co wciągnęło ją w ten helikopter, zaniosło do Sudanu, rzuciło jej kości,

prawie stuletniej, o niechętną ziemię, zajętą przez rebelię? Jaka to iluzja,

z jakiej wielkiej miłości?

 

Tylko omam, cień,

za którym goni trafiony śmiertelnie błękitnym światłem?

 

 

----------------------

 

* Drogi do siły i piękna“, 1925, reż. Wilhelm Prager, Leni Riefenstahl, taniec

*  „ Błękitne światło“,  1932, reż. Leni Riefenstahl

 

Komentarze (43)

  • Dziękuję wszystkim, którzy swoimi komentami przyczynili się do ostatecznego kształtu "White Dress". Zdjęłam tamtą wersję, bo wiersz wszedł w cykl, starych i nowych, na wystawkę :)

  • Najbardziej przypadły mi do gustu teksty "White Dress" i "Teddy z czipem w uchu". Tak, te dwa są dobrze napisane (szczególnie "White Dress" - solidne warsztatowo, klasyczne pisanie, brawo). Natomiast pozostałe wydają się być jeszcze gorące (nie wiem, tak czuję) i może gdy nieco przestygną warto w nich trochę pogrzebać, hm? I nie mogę nie odnieść wrażenia, że twoje teksty przywodzą (mi) na myśl pisanie Jacka Dehnela

  • Nie, Maciek, jest odwrotnie, pozostałe teksty są dość dawne i dość przemyślane :)
    Porównanie z JD to pewien komplement, chociaż ja sama nie czuję podobieństwa. Może - właśnie w tym cyklu - miałeś skojarzenia tematyki z dehnelowską? (migotanie czasu?)

  • no niewiem, cykl jest wyśmienity - ale muszę sobie go podzielić :)

  • Jacek Dehnel to całkiem inna przestrzeń poetyka :)

  • Grzegorz, cykl wydaje Ci się niespójny? Dlaczego?

  • Teddy z czipem w uchu - jakoś mi odstaje - nie ma w nim tej "ludzkiej boskości - bląd niewinnej bogini" - która się przewija w trzech pozostałych.

  • Grześ, to bardzo ciekawe, ten "błąd niewinnej bogini", tak sama tego nie odbieram :) Dla mnie to wierz o pewnej degradacji, przemijalnej wartości przedmiotu kultu, również małego kultu, jak mała czarna czy zegarek Omega, gdzieś tam egzystują one sobie u mnie w podtekście. Wg. tego najbardziej odbiegałby od cyklu, jeśli już, pierwszy, "Expeditio", ale chciałam ująć pozostale w klamrę: pasję.

  • Raczej chodziło mi o poetykę, obrazowanie dość klasycyzujące. Pzdr

  • a no własnie - ja za clue obieram tę przechodzoną, zużytą platynową błyskotkę - która bawią się "wielcy" np Kennedy - uwiebiają miliony - ale są/były też te "bustewka" zwykłe, na zwykłym peronie. Długo mógłbym o tym co wyciągam/czytam z Cykly - zwłaszcza to "pod" :) - ale niech inni się wypowiedzą. Być może ja bredzę :)

  • Grzegorz, no właśnie: White Dress to nie wiersz o Marilyn, to wiersz o białej sukience, podwianej wentylatorem, która przeszła do historii i stała się muzealnym przedmiotem kultu :)
    W moim odczuciu to wiersz o potrzebie mitu. Aż do Leni Riefenstahl, tak, włącznie. I w tym kontekście miś z czipem w uchu (Steiff), niespełniający swojej funkcji, wpasowuje się, sądzę, całkiem nieźle w cykl.

  • Zwróć proszę uwagę na dwukrotnie powtórzony tytuł.

  • Tak czy inaczej, Maciek, miło :)

  • owszem - dlatego pisałem- muszę sobie podzielić, żeby zrozumieć całość - jak kuriozalnie by to nie brzmiało - ale pewnie wiesz o co mi chodzi :)

  • Rozumiem, też lubię rozumieć :)

  • myślałaś nad tytułem ? - głównym - "Wystawka sztuczek pieknych" ?

  • Od niego wyszłam, jako parafrazka - lukierek audenowskiego "Musee des Beaux Arts" ale później ukazaly się tak znakomite tegoż parafrazy, że zaniechałam, a tytuł pozostał, i wziął się przyczepił do kilku moich o "przedmiotach kultu". Ale tutaj już nie chodziło mi o "sztuczki". Nasza cywilizacja oparta jest na chwiejnych wytycznych, jedną z nich jest uwspółcześniony kult marki i mity - jednodniówki. Właściwie to temat prawie na książeczkę, ale na razie tyle wystarczy :)

  • Dziękuję za tak obfitą porcję poezji.

  • Ja również dziekuję, Jarku,
    i wszystkim - za czytanie i komenty.

  • jestem po kilkukrotnej lekturze pierwszego z tekstów:
    cytatu chyba nie trzeba ogwiazdkowywać - a kto nie wie, ten kiep!
    w tekście nieomal doskonałym mam kilka miejsc, które lekko mi zgrzytają...
    wybacz, ale np. "koniec matki" rozbawiło.... nie będę pokazywał paluchem, ale brakuje mi w tej części ostatecznego szlifu... ale to ja...

    czytam dalej!

  • I ja Ci dziękuję.Uczta.Bogów.Nawet tym którym nie staje:))

  • biały dres ;)
    zajebista zbitka fen i wentylator!!!!
    z Joe zapewne nie chodzi o opowiadanie "big joe i n-te pokolenie", niemniej tak sobie czytam nieco poprzez pryzmat tego tekstu sprzed dwudziestukilku lat.... :)
    "nikt, nikt poza tobą, nimi, nie" i dalsze dwa "nie"... niezręcznie się czyta.... takie "westchnienia z niama-niama"... sorry!
    no i ta "materia" - jako dopowiedzenie?... po co?
    wiem, czepiam się, ale na prawdę lubię szkieleciki. nadmiar ciałka wolę wyłącznie w naturze ;)

  • Jarku, Jacku, dzięki :)

    Jacku, a dlaczego "koniec matki", w ewidentnej konotacji ze śmiercią (przyjąłem z godnością, teraz płakałam jak dziecko" budzi u Ciebie impuls śmiechu? Wiersz jest listem a więc celowo używa w miarę bezpośredniego języka.

  • szpileczki:
    "z butelki ciągnąc tanie wino, i patrząc twardo, nie spuszczała wzroku." - jak dla mnie zbędne dopowiedzenia.
    "dłonie [...] chwytały delikatnie przestrzeń" - to niezbyt zręczne i powiem szczerze, że mało odkrywcze (msz)....
    płońta fajna, ale to, co przed nią nie przekonuje....
    ogólnie tekst do pogryzienia jeszcze......
    ale to tylko ja...
    ;)

  • Małgoś:
    "koniec matki" - wiesz przecież, że jestem ostatnią połetycką świnią!...
    wytłumaczę to tak: jest pewien dowcip -
    "kolejka do sklepu. na początek kolejki wpycha się pewien facet. jedna z kobiet stojących w kolejce krzyczy do niego: <<stań se pan na końcu>>, a facet odpowiada: <<sama se pani stań na cyckach>>"
    generalnie w moim pisaniu staram się nawet takich skojarzeń unikać.... ale to ja i nie ma obowiązku zgadzać się z kukorem.....
    zdravo!
    (nie wiem, czy mam siłę na komment dotyczący pozostałej części dzisiejszej Twojej wklejki..., no zobaczę. a jeśli nie teraz, to może jutro!...)

  • miś:

    "na dole jest pediatra i od rana strach
    w dziecięcych falsetach
    potem wpada w okna wyraźna słodka siesta.
    później nas nie ma"

    tak np. wygląda moje czytanie po lekkiej korekcie.... ot, to tylko fragment...
    nie wiem, jak to wytłumaczyć logicznie....
    po prostu tak lepiej mi gra!

  • jeszcze raz wybacz - tnę niemiłosiernie i z pewnością masz mnie już dość....
    sorry, już się zamykam i wesołych świąt :)

  • Uwagi do "Expeditio"
    - pierwsze "Odkryliśmy ją", wzbudza silne skojarzenie z "odkryciem" (np. Ameryki, naukowym), z jakimś "eureka", a tu potem wygląda na to że chodzi o "odsłanianie" (tego, co było zakryte - twarz itd.). I sory, ale z tego silnego skojarzenia (a nawet może prawdziwego, wszak zdaje się chodzi o odkrycie mumii?), wychodzi jednak potem zbyt prosta czynność, aby nie czuć się przez chwilę rozczarowany vel "zmanipulowany". Słowem początkowe "odkryliśmy ją" zapowiada inne wrażenia, inną opowieść niż ta, która następuje. Może zatem winno być pierwsze "Odsłoniliśmy ją" lub "Obnażyliśmy ją" lub coś w tym guście?
    - "włosy w warkoczach" to ort, masło maślane, więc chyba winno być "włosy w warkocze"?
    - "koniec matki" bardzo niefortunnie, bo czy matka ma koniec? domyślam się, że chodzi o "śmierć matki", ale "koniec matki" brzmi cokolwiek dziwnie i zabawnie (* jeśli przyjdzie nam do głowy na matkę pastiszować powiedzenie - "że facet ma dwa końce", hehe)

    Poza tym wiersz ciekawy, ciekawa opowieść, taka zagwozdkowa :))) Ponadto piękne jest "życie to najohydniejszy z możliwych nalotów" :)))

  • Ok, rozumiem, że napisałbyś to zupełnie inaczej :)
    Tobie również, pięknych i dobrych.

  • "włosy w warkoczach" kukorowi nie przeszkadzają i są dla niego zrozumiałe.... ;)

  • Romek, w ogółe się nie zgadzam. Nie wiem, co Wy z tym "końcem matki", przecież wiadomo, że matka nie ojciec, końca nie ma, ale kiedys się kończy. Owszem, autor ponosi częściową odpowiedzialnośc za skojarzenia czytelnika, no ale!

    "Włosy w warkoczach" - najzwyklejsze określenie, nieco dawniejsze, gdy kobiety jeszcze nosiły warkocze. O, np. włosy w dredach, w lokach itd.

    Z tym odkryciem na początku tak właśnie miało być, zapowiedź odkrycia, na które peel czekał całe życie. Specjalnie podkręcone, żeby uzasadnić jego poóźniejszy wybuch.
    Nawiasem: czytałam kiedyś, i zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, że świetnie zakonserwowane od tysięcy nawet lat w wiecznej zmarzlinie tkanki, nalezy traktowąć z nadzwyczajną ostrożnością i antyseptyką, ponieważ po zetnięciu się z naszymi dzisiejszymi zarazkami i flora bakteryjną, zaczynają psuć się i rozkladać w przyspieszony, piorunujący sposób. Stąd dramat.
    To, że najpierw odkryto ją gdzieś, w jakiejś rozpadlinie czy w torfie, zdaje się być jasne i nastąpiło na minuty przed "ściągnięciem szmat". Nie widzę specjalnie błędu.

  • jestem tkanką sprzed tysiąca lat więc...

  • No cóż, Jacku, postępuję z Tobą chyba ostrożnie ;-)

  • mając na uwadze mój prymitywizm i wiochę wystającą lekko słomą z butów:

    "jak się rozmnażają jeże? - ostrożnie :p "
    no i: "dlaczego słoń ma trąbę? no, żeby się tak nagle nie zaczynał..." :p

  • i wybacz pierdolety...

  • Ale ogólnie wiersze mi sie podobają, piszesz w trochę innej niż w ogólnie przyjętej i modnej sztampowej stylistyce, i bardzo dobrze, acz wiadomo, do Twojego stylu trzeba się trochę przywyczaić :))) nie wiem dlaczego, ale Twoją stylistykę nazywam - "zamgielną", no w każdym razie coś bym ją skojarzył z mgłą :)))

  • Szczególnie musi się przyzwyczajać do mojej piszący w stylistyce Knapa :D
    Dzięks za trudy :)

  • A propos: kiedy wreszcie dasz prozę, Roman ?!

  • I podoba mi sie jeszcze to budowanie opowieści; wprawdzie czasem nie wiem o co chodzi po lekturze pierwszych linijek, ale następne odsłaniają "teren". Ci, którzy chcą wiedzieć wszystko od razu mogą więc czuć się zniecierpliwieni. Ale za to jak już wiem, o co chodzi, jak już ogarniam, że peel strzela do gościa, to potem następuje zachwycające cudowne zaskoczenie - "zbrodnia w afekcie - jego uniewinnią". "Jego" czyli nie tego kto strzelał, ale tego, do którego oddany był strzał. Fakt, on też "zabił": mumię :)))
    Trochę to zatem "Expeditio" - opowieść z krypty, pokręcona :))) (uwielbiam opowieści z krypty Spielberga!)

  • Ha ha! Moje ulubione linijki w tym wierszu, to "W sprawie mojej katedry powiedz parę słów/ za von Heydenem - jest zdolny, sumienny i beznamiętny." W pewien sposób oddają to, co myślę o "dwóch poezjach" - tej "brudnej", z rewolwerem i polałunkiem, i tej bez takich numerów. Mgła, mówisz? No pewnie, nie na darmo podbiłam jednym z moich ulubionych kawałków Floydów, którego lubiłam kiedyś słuchać, jeżdżąc bez końca w ciemności przez zamglone wiecznie koogi :)

  • * pocałunkiem, of c.

  • Przeczytałam kilka razy i wciąż jestem pod wrażeniem.

  • To dla mnie cenna wiadomość, dziekuję bardzo.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się