Kochać Romana Knapa (z cyklu „My, dzieci z dworca Web“)

Autor: Królowa udała się do Baden - Baden, Gatunek: Proza, Dodano: 25 lutego 2013, 23:44:55

Romek, Romek! Pamiętasz, jak bawiliśmy się dociekaniami, czy dr Szakal i Mr Małpa są dwiema twarzami jednego hejtera? Jak za nic nie dało się dojść do prawdy, bo w końcu to Szakal wypuścił Małpę, a ten pragnął tak gorąco upodobnić się do niego, że ukradł mu nawet jego adres mailowy?

 

Błądziliśmy! Olśniło mnie niedawno, gdy uwolniona od wyimaginowanej konieczności odpowiadania w wątkach liternetowych miałam więcej czasu na uważne obserwacje i przemyślenia.

Zauważyłam wtedy, że ludzie dzielą się na tych, którzy kochają Romana Knapa i na tych, którzy go nie kochają.  Ci ostatni zaś na tych, którzy nie kochają go, bo nie chcą, nie czują potrzeby miłości, lub nie mogą kochać z braku na przykład czasu, oraz na tych, którzy go nienawidzą. Tę pierwszą podgrupę pomijam, nie ma dla tematu większego znaczenia. Natomiast ta druga grupa – nienawidzący Romana Knapa – ma duże znaczenie dla naszych badań.

Nazwę tę poznawczą metodę roboczo próbą Kochania Romana Knapa, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, bo okazuje się być uniwersalna i niezastąpiona. Zaraz wyjaśnię sposób użycia, ale najpierw trochę teorii.

 

To jak w tej próbie kłamstwa z wiadrem zimnej wody. Jakiś mistrz czy nauczyciel, pragnąc rozpoznać w grupie złodzieja, zapowiedział próbę kłamstwa, uczniowie mieli wejść po kolei do pustego pokoju i zanurzyć prawą rękę w wiadrze. Oczywiście winny wyszedł z obiema suchymi rękami, co potwierdza teorię, że wiadro zimnej wody okazuje się zawsze nieocenione.

 

Zauważyłam, że podobnie jak nie sztuka kochać Orlanda szalonego, jak cholera szalonego, od stóp do głów szalonego* tak nie sztuka kochać Knapa, a nawet, że nie da się po prostu Knapa nie kochać, o ile jest się oczywiście miłym, sympatycznym, otwartym, bez uprzedzeń, uzdolnionym literacko, szczęśliwym posiadaczem poczucia własnej wartości i poczucia humoru, o uregulowanym życiu rodzinnym lub  tegoż realnych perspektywach, oraz wystarczającym IQ, bez obciążeń nacjonalistycznych czy, fe, jakich innych, których nie chcę nawet wymieniać.

 

Niekoniecznie trzeba mieć te wszystkie cechy naraz, nikt nie jest ideałem, ale powinny występować w przewadze. Bronią one skutecznie przed uczuciem nienawiści i otwierają serca na miłość. Takie IQ na przykład, czy wiesz, że Sharon Stone ma 160 i bardzo szczęśliwe życie miłosne i rodzinne? Albo poczucie humoru – śmiem twierdzić, że jest podstawą udanego związku miłosnego. I teraz, odrzucając grupę zaburzającą statystykę, czyli przepracowanych, zmęczonych, nieczytających Knapa, niewiedzących, co tracą, i skupiając się na pozostałych – nazwijmy umownie: grupie szczęśliwych miłośników i potencjalnych miłosników Knapa, oraz na grupie hejterów, otrzymujemy doskonałe narzędzie do rozpoznawania tychże ostatnich i odróżniania ich od ewentualnych nieszkodliwych malkontentów, którzy odeprą próbę KRK jakimś chytrze znudzonym: „Knap? Nie wiem, nie czytuję.“

 

 

 Prawdziwy hejter jednak nie wytrzyma w ogóle próby Knapa, boi się jej jak kubła zimnej wody, ponieważ prawdziwy hejter jest doskonale odporny na poczucie humoru, wierzy w święte i jedyne przeznaczenie żartu jako oręża do tępienia wrogów,  nie zniesie też jakichkolwiek zabiegów z podmiotem literackim, bo dla jego pełnego strachu umysłu peel musi być łatwy do ujarzmienia i najlepiej, żeby odsłaniał słabe strony. Hejter portali literackich to zazwyczaj osoba o zaburzonym poczuciu własnej wartości, dla której nawet byle pewny siebie peel stanowi już zagrożenie, a co dopiero narrator, który jest zmienny jak samo życie, jak wiatr historii, który pisze bezczelnie ojcem i matką, sofą i jaskółką, a nawet piórem poborcy podatkowego, i pisze tak, że każdy przyzwoity człowiek czuje nagły impuls zapłacenia podatku od pokoju.

 

I oto mamy probierz doskonały. Tak np. pewien właściciel firmy, entuzjasta kapitalizmu i fanatyczny wróg Rosji, nie odrzucił wprawdzie calkiem próby KRK, natomiast zbył ją lekceważącym „Kit i tylko kit“, bo jedynym poborcą, z którym się liczy, jest Urząd Skarbowy, a nie Dyl Sowizdrzał, (pamiętamy, że prześmiewca Dyl Sowizdrzał, ukazywał prawdziwą twarz rozmówcy, wyśmiewając poprzez sprowadzanie do skrajnego absurdu jego polecenia, a atrybutem Dyla jest zwierciadło, staropolskie „zdrzało“) - zaś prawdziwa wolność dla właściciela to brak poborcy i brak cenzora, i wina Rosji za wszystko od ukrzyżowania Chrystusa począwszy, a nie jakieś przykładanie ręki do zbiorowej odpowiedzialnosci, jak tutaj:

 

Nagle smrodem wrzuconego w ogień trupa zacząłem psuć powietrze w pieczarze.

Skałami potniałem.

Poceniem się zacząłem z ludzi ukrytych w pieczarze ściekać strumieniami.

Kagankami zacząłem gasnąć, aż zgasłem ostateczne.

500-ciuset Ormianami w pieczarze zacząłem puchnąć, puchłem nimi i pokrywałem się bąblami. A potem tymi bąblami sączyłem się w żółtą ciecz.

Nagle wszystkimi mężczyznami, kobietami, starcami, dziećmi i niemowlętami dusiłem się, mdliłem, opadałem z sił, omdlewałem, nie wychodziłem z pieczary i umierałem - umierałem ojcem i synem, umierałem matką i córką, umierałem braćmi. I umierającymi ojcem i matką, umierającymi matką i córką, umierającymi braćmi obejmowałem się wzajem. Dżalalimi zaś czuwałem u wejścia i czekałem, aż ukryci ludzie poddadzą się. I zdumiewałem się, że nikt nie wychodzi.

 

Przed oczyma stawały mi obrazy nieszczęść, wielkich głodów i dramatów, tragedii, jakie ludność zadaje ludności wojskiem.

 

A potem tym wojskiem zdobywałem i zajmowałem ziemię, a potem ją bezcześciłem, plugawiłem, zamieniałem w zgliszcza i gruzowiska, łupiłem, zagarniałem, rozgrabiałem, plądrowałem, ogałacałem, wypleniałem, ścierałem ziemię z ziemi (…)**

 

Nawet walec przejeżdżający się zwykle bez pardonu po polskiej twórczosci netowej, Marek Trojanowski, zapomniał się i wykrrztusił, że piękne, bo uległ niezaprzeczalnej poezji zrodzonej z braterskiego podziału winy ojca dokonanego przez syna w wierszu Knapa „Jaskółka“:

 

(…) A potem musiałem wstać jeszcze raz.

Bo w końcu nie wytrzymałem!

Bo mój ojciec właśnie gdzieś tam w łazience położył palec i zaraz zobaczył, że tam to jest tak oblepione,

że się nie da położyć palca.

Ale po co jemu tam kłaść ten pierdolony palec, jak tam nie jest na palec tylko na szampony i płyny!

A potem w lot tego doszło do jatki –

że on skurwiel i ja skurwiel,

on pojebany i ja pojebany,

on schujały ja schujały,

on debil ja debil,

on pedał ja pedał,

on gnój ja gnój,

on jaskółka

(on jaskółka!)

(on jaskółka!)

 

I to uniesienie się czyni postać Trojanowskiego jednak ludzką, cokolwiek to dzisiaj nie znaczy.

 

 

Na Knapie wyłożyło się wielu i wielu odsłoniło swoją miękkość, wrażliwość i poczucie sprawiedliwości. Delikatne, urażone jego szorstkim językiem poetessy, wybaczały mu brak salonowego obycia, ujęte jego lotem; mężczyźni alfa miękli nieoczekiwanie i klikali NWK,  do jego entuzjastek należą nawet inaczej utalentowana prozaiczka liternetu czy pewna właścicielka hurra- krytycznego bloga, co kazało mi zmienić pogląd przynajmniej na ich zdolności emocjonalne. A pewnej poetce, z którą bywalam skłócona, wybaczyłabym wszystko po raz drugi i trzeci tylko za to, że kocha Knapa.

 

Bo Knap jest dla dworca Web tym, który bierze na siebie nawet projekcje hejterskie: Do 30 roku życia Knap dzień w dzień tkwił w publicznym szalecie na placu Andrzeja w Katowicach i tam wyszukiwał chętnych panów bez problemów gastrycznych. Ale potem z tego zrezygnował, gdy nagle w jego życiu pojawił się komp, net i te sprawy. I dziś po 10 latach woła jak debil - "hurra, moja miłość jest milionową w Federacji Miłości Cyfrowych!". Oczywiście że wykrzykuje to jak debil, bo wydaje mu się, że kocha, i wydaje mu się, że jest kochany. Ale my to wiemy, my wszystko wiemy (...)***

 

 

Knap bierze na siebie wszystkie winy i wszystkie pragnienia, rozczarowania i nadzieje, jak w jego niesamowitym tekście o odprawianiu egzorcyzmów najpierw nad bluzgającym mnichem, a później o odkupianiu win pokutą, aby Szatan wyszedł z pism świętych, w tak ekstremalny sposób: Eremita ten zatem zbudował sobie na podwórzu tunel, ciasny i głęboki tylko na ciało wzdłuż, po czym wsunął się do niego tyłem, nogami, aby potem już nigdy z niego nie wychodzić jak tylko raz na rok, aby tylko wtedy pozwolić nam braciszkom usunąć stamtąd roczne nieczystości. Ale najbardziej jednak to ukochałem owych słupników i tych zawsze milczących jako te ryby, wiecznie niemych, bo milczeli oni wszyscy w takim spokoju i szczęściu, że w istocie milczeli oni i dotąd milczą i będą jeszcze milczeć tyle, ile im się w chuj spodoba milczeć plus jeszcze 2 razy więcej (…)****

 

Możemy mu dać grosik i oczyścić nasze sumienia, albo odciąć się od niego, żeby nie zamoczyć rąk. Ale nie możemy nie zauważyć, bo Knap jest jak całe wiadro czystej wody z nieba, wylane w primaaprilisowym żarcie .

A jeśli komuś za wulgarnie, za zimno czy za mokro, ma zawsze wyjście – nie włożyć ręki do wiadra  - bo, jak napisała o nim poetka:

 

 (…) kiedy wychodzę w deszcz, a jeszcze chce mi się w tym deszczu być,dopuścić muszę,że dotknie mnie,zmoczy aż po skórę duszy, przeziębi moje ciała, taka bowiem jest natura niepogody, która nie stosuje wyjątków, o tyle więc sprawiedliwe są deszcze.

 

-      Saro, piękne jest Pani zdanie o deszczach.

 

 Bo w Knapie jest coś z pogody, niezależne od naszych upodobań i oczekiwań, coś sprawiedliwego.

 

I jest w Knapie jest coś odkupicielskiego, ofiarna gotowość do rozumienia wszystkich i wszystkiego, a w szczególności tych, którzy nigdy nie będą w stanie pojąć jego samego.

Jest w nim również coś z mordercy w „Pachnidle“, zabijającego delikatnie, aby wyciągnąć nasz własny zapach, i z kompozycji tych poszczególnych zapachów stworzyć jeden, niepowtarzalny, uniwersalny, pasujący do każdego genotypu, aż rozpozna się w nim każdy z tłuszczy, zgromadzonej na placu egzekucji, która to scena, jak wiadomo, kończy się wugarną ekstazą.

Ludzie bowiem mogą zamykać oczy na wielkość, na grozę, na piękno, i mogą zamykać uszy na melodie albo bałamutne słowa. Ale nie mogą uciec przed zapachem. Zapach bowiem jest bratem oddechu. Zapach wnika do ludzkiego wnętrza wraz z oddechem i ludzie nie mogą się przed nim obronić, jeżeli chcą żyć. I zapach idzie prosto do serc i tam w sposób kategoryczny rozstrzyga o skłonności lub pogardzie, odrazie lub ochocie, miłości lub nienawiści. (…)

 

W jednej chwili Jean Baptise Grenouille zniknął z powierzchni Ziemi. Kiedy skończyli, na ich twarzach unosił się dziewiczy blask szczęścia. Po raz pierwszy w ich życiu wierzyli, że zrobili coś z czystej miłości.*****

 

 

 

PS. A więc, Romek, wracając do meritum: Szakal to nie Małpa. Ten pierwszy węszy i tęskni za zapachem idealnym, Małpa uznaje tylko swój.

 

PS.2 Zostawiam Was z tym, drodzy liternetowcy, życząc, żeby Wam się porządnie lało na głowę.

 

Sorry za wyłącznie komentów, nie mam czasu odpowiadać. Zostawiam jednak możliwość kliknięcia „należy napisać od nowa“ albo „chybiony“, jakby ktoś poczuł potrzebę.  :)

 

 

 

 

 

* Tadeusz Kubiak „Nie sztuka kochać“

** Roman Knap „Wojna i pokój“

*** „Roman Knap „Gmailowy Ninja Knap“

****„Egzorcyzmy nad trollem Krzysztofem Ostrym- O“

***** Patrick Süskind., „Pachnidło“

Dodawanie komentarzy zostało zablokowane przez autora.